Jak dotarłam do Bandung

samsung zdjecia 559Moja wymarzona podróż do Indonezji i przygoda, którą planowałam z utęsknieniem podczas zimowych miesięcy spędzonych w Polsce nad dyplomem, stała się rzeczywistością 31 sierpnia. Loty Gdańsk-Berlin-Abu Dhabi-Dżakarta przebiegły bez przebojów. Pomimo prawie 24 godzinnej podróży, ten czas zleciał niesamowicie szybko. Pierwsze co poczułam wychodząc na zewnątrz lotniska w Dżakarcie to ciężkie, lepkie powietrze, pełne wilgoci przez co momentalnie całe moje ubranie było mokre. Poczułam się jeszcze bardziej odurzona nowością miejsca, krajobrazu, ludzi. Była godzina 23:00 czasu lokalnego. Pomimo ciemnej nocy, dobre oświetlenie lotniska pozwalało na szczegółowe obserwacje. Atmosfera dusznego mrowiska; mnóstwo Indonezyjczyków i Azjatów, samochodów, postaci zerkających nerwowo w dal i trzymających tabliczki z imionami, taksówkarzy zapraszających do skorzystania z ich usług: “Miss taxi?”.

Z lotniska miał mnie odebrać Indonezyjczyk Bam, poprosiłam go żeby po prostu skierował mnie do autobusu do Bandung. Brzmi to śmiesznie, ale wiedziałam, że po takiej podróży będę skołowana, zmęczona i zdezorientowana. Czekałam na niego czterdzieści minut, z powodu wszechobecnych korków. W tym czasie wszyscy biali ludzie zdążyli zniknąć, przez co Azjaci patrzyli się głównie na mnie. Blada twarz przykuwa uwagę. Mimo to nie czułam żadnego zagrożenia.W którymś momencie jeden z pracowników lotniska podszedł do mnie i spytał czy ktoś mnie odbiera, czy zdzwoniłam się z nim, czy wszystko w porządku.

Bam dotarł na miejsce wymachując kartką z polskim napisem: „Witamy w Dżakarta Ms. Ania”. O 2:00 w nocy wsiadłam do autobusu do Bandung. Usadowiłam się z plecakiem gdzieś pośrodku busa, zajmując dwa miejsca ale kierowca przesadził mnie bliżej obok jakiegoś Indonezyjczyka, a plecak wsadził pod siedzenie przede mnie. Oczywiście wszystko na migi. Inny mężczyzna powiedział potem po angielsku: „He did that for your comfort”, a więc kierowca zrobił to dla mojego bezpieczeństwa. Możliwe, że skoro byłam jedyną białą w autobusie, wolał mieć mnie na oku, żeby nic mi się nie stało.

Trzy godziny później wysiadłam na przystanku autobusowym w Bandung. Obok maluteńka knajpka, sklepik, trochę ludzi przy stolikach, parę taksówek. Ciemna noc, księżyc jak cieniutki obwarzanek i parę gwiazd na niebie. Powoli zaczynało świtać. Niesamowite wrażenie, kiedy kolejny raz jesteś jedyną białą i zerkają na Ciebie ukradkiem. Mieszanka uczuć, czujesz się jednocześnie dziwnie, trochę obco, ale jednak bezpiecznie. Ich skierowany w twoją stronę wzrok to ciekawość jak każda inna. Wtedy pomyślałam jak śmignęła mi ta cała podróż, czas przeleciał przez palce i czy to możliwe że patrzę na inne niebo niż jeszcze ponad dobę temu w Polsce? I czy naprawdę jestem TAK DALEKO od domu, jak to pokazuje mapa świata??! W końcu przyjechała Ninis i zabrała mnie do siebie gdzie dostałam ładny gościnny pokój z dużym łóżkiem. Wykąpałam, a następnie o 6:00 rano wpadłam w objęcia Morfeusza.

Wstałam o godzinie 13:00. Pierwsze dla mnie doświadczenie prawdziwego podróżniczego „jet lag” – zmiana czasu będzie musiała przyjść stopniowo. Dostałam śniadanie: dwa pączki typu amerykański „bagel” i cappuccino. Na stole stał też ryż (“Nasi goreng!” smażony ryż, który w Indonezji je się cały czas ze wszystkim) z warzywami, ryby. Ninis zapytała czy mam ochotę. Oczywiście! Nałożyłam sobie ryż i trochę warzyw. W trakcie mojego śniadania, Ninis uświadamiała mnie, o tzw. szoku kulturowym „culture shock” i jak się zaaklimatyzować w nowym miejscu. Jak oświadczyła byłam w fazie „honeymoon” czyli miesiąca miodowego, a więc na tym etapie towarzyszyła mi ekscytacja, radość, energia, szczęście. Nie mogłam zaprzeczyć!:)

Image

Pojechałyśmy do domu, w którym miałam wynajmować pokój. Jest to swego rodzaju „dorm” nazywany w Indo „kosan” w naszym tłumaczeniu akademik, nie ma to jednak nic wspólnego z naszym wyobrażeniem o akademikach. Budynek jest nowy, czysty, utrzymany w minimalistycznym stylu. Kolejna osoba, która zaopiekowała się mną to mieszkająca obok Indonezyjka Olivia: „Oh musisz mieć butle z wodą w pokoju i kabel do internetu, poproszę żeby Ci przynieśli!” i za chwilę wniesiono mi gigantyczny 15 litrowy baniak z wodą, dozownik i podłączono kabel do komputera. Dosyć szybko moje powieki zrobiły się ciężkie i zasnęłam. 

Następnego dnia umówiłam się z Ninis pod ITB – Institut Teknologi Bandung – jeden z najlepszych jeśli nie najlepszy Uniwersytet w Bandung. Napisała mi, który angkot złapać i gdzie się przesiąść oraz ile zapłacić.(za pierwszy zapłaciłam 2 tys. IDR za drug 3 tys. IDR czyli za oba ok.1,50 zł 🙂 Angkot to mały busik, w którym mieści się ok. 10 osób. Wystarczyło, że wyszłam na ulice, a mój angkot zatrzymał się – kolejny przywilej bycia białą w Azji ale też walka o klienta – to kierowca szuka Ciebie wzorkiem na ulicy. Kiedy dotarłam do ITB, usiadłam na ławce i czekałam na Ninis. Napisała mi sms, ze jest w drodze. Odpisałam : „Tidak Masalah” czyli „Nie ma problemu”, w końcu tutaj nikt się nie śpieszy. Tymczasem obok mnie usiadła kobieta w hijab ( chusta okrywająca głowę, szyję, ale nie ramiona) i dopiero po chwil zorientowałam się, że naprzeciwko nas mężczyzna robi zdjęcie, a ona pozuje z uśmiechem! Też się uśmiechnęłam, a oni za chwilę zamienili się rolami.

Pojawiła się Ninis i poszłyśmy coś zjeść. Naprzeciwko Uniwersytetu jest mnóstwo budek z jedzeniem. Powiedziałam, że zdaję się na nią. Wybrałyśmy Lumpiah basa – naleśnik z kiełkami, słodką masą , sosem, (czymś jeszcze?), zawinięty w bambus. Pychota. Kocham azjatyckie jedzenie….moje kubki smakowe zostaną tu solidnie połechtane.

Image

Weszłyśmy na campus, a tam:  poprzebierane tłumy, muzyka, stragany. Tego dnia odbywał się tzw. “Open Day”, dzień studencki , przedstawienie różnych fakultetów, organizacji uniwersyteckich. Każda organizacja, przedstawiał się krótko i mówiła do mikrofonu. Znajomi Ninis naciskali żebym weszła na scenę z nimi. Kiedy wchodziliśmy po schodkach wiele osób razem z prezenterami zaczęło krzyczeć (radośnie?;) na mój widok:„Bule!!!” („biały”/ ”białas”)

Image

Image

Image

Image

Po tygodniu tutaj mogę powiedzieć, że póki co jestem we właściwym miejscu a decyzja wyjazdu była najlepszą jaką podjęłam. Ludzie, jedzenie, klimat, bodźce zewsząd, wszystko jest wspaniałe. Głupie wyjście do supermarketu to jak bycie dzieckiem w lunaparku. Nawet podróż angkotem jest (na razie ;)) fajna bo to przecież cały smaczek i folklor. Wszystko jest nowe, inne i ciekawe, gościnność locals’ów fantastyczna. Rozrywka w mieście i życie nocne fenomenalne! Nie wszystko jest idealne ale to właśnie kraj kontrastów i całe piękno leży pośrodku.

To miasto to naprawdę Paryż Jawy ( “Paris van Java”) – idealne miejsce na shopping&modę! Tak to jest z pierwszymi dniami – zachłysnęłam się urokiem tego miejsca i powoli uczę się bahasa (języka). Niedługo zacznie się staż, więc trochę się uspokoi i pierwszy szok kulturowy minie choć mam nadzieję, że pozytywne emocje pozostaną jak najdłużej!

Advertisements

2 Comments Add yours

  1. Grace says:

    Aniu, jesteś niesamowita, że znalazłaś się w taki miejscu! Ściskam i pozdrawiam!

  2. Grace says:

    zrób kiedyś jakiś post o biżuterii dawnej indonezyjskiej 🙂 🙂

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s